O autorze
Joanna Schmidt, ekonomistka, menedżer, ekspert ds. edukacji, lat 37, matka trójki dzieci.

W latach 2001-2007 zdobywałam doświadczenie jako menedżer. Odpowiadałam m.in. za rozwój firmy na rynkach 26 krajów europejskich. Od roku 2008 jestem czynnie związana z rynkiem edukacyjnym. Do 1 października 2015 r. pełniłam funkcję Kanclerza jednej z najstarszych uczelni niepublicznych w Wielkopolsce – Collegium Da Vinci (dawniej Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu). Odpowiadałam za rozwój uczelni, współpracę międzynarodową oraz zarządzanie przeszło 600 osobowym zespołem pracowników i współpracowników.

Hobby: narciarstwo alpejskie, bieganie, gra na akordeonie. Z zamiłowaniem kibicuję swoim dzieciom na turniejach tenisowych. W życiu kieruję się sprawdzoną zasadą, że pełne zaangażowanie i uczciwość w działaniu determinują sukces!

Czy jesteście gotowi na euro?

Przyjęcie euro cieszy się poparciem takich krajów UE spoza strefy jak Bułgaria (55%), Chorwacja (53%), Rumunia (68%), a nawet Węgry (60%). Przeciwni są Czesi (70% "na nie") i Szwedzi (66%). Polacy, w sondażu IBRIS z lipca 2016 r. odpowiadając na pytanie, czy gdyby przyjęcie euro było warunkiem do pozostania w UE opowiedzieli się w większości "za". Bez tego warunku, jeszcze rok temu, byliby przeciw (74%).

Dziś nastroje byłyby pewnie inne. Pomimo zapewnień rządu, nie ma planu wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Cóż z tego, skoro do kłamstw rządzących zdążyliśmy się już niestety przyzwyczaić. Cóż z tego, skoro realne działania Kaczyńskiego, Szydło i Waszczykowskiego spychają nas na margines europejskiej sceny politycznej. Niezależnie, czy jest to robione świadomie, czy z powodu niekompetencji, efekt jest ten sam: tułanie się po obrzeżach Europy z ustami pełnymi frazesów o naszej mocarstwowości, podmiotowości i wstawaniu z kolan.

Dlatego powinniśmy dać czytelny sygnał Europie, że czujemy się jej częścią. Z tego wynikają dążenia Nowoczesnej do rozpoczęcia debaty na temat przyjęcia w naszym kraju wspólnej waluty.

By wstąpić do strefy euro konieczne jest spełnienie pięciu kryteriów konwergencji. Są to: kryterium długu, deficytu, stopy procentowej, inflacji i kryterium walutowe. W 2016 roku nie spełnialiśmy tylko tego ostatniego. Wymagałoby to od nas uczestniczenia w systemie ERM II (Mechanizm kursów walutowych - Exchange RateMechanism, ERM), w którym trzeba uczestniczyć 2 lata.

Debata o euro na pewno jest wyzwaniem, bo już teraz pojawia się w niej wiele argumentów "za" oraz takich, które wymagają odczarowania.

Po pierwsze, z punktu widzenia naszego interesu narodowego (nie mylić z pisowskim interesem partyjnym) zawsze lepiej być w centrum, czyli tam, gdzie podejmuje się decyzje. A wszystko wskazuje na to, że jądro UE może w najbliższym czasie sprowadzić się do tych krajów, które euro posiadają. Do przyjęcia euro zobowiązuje nas sam fakt członkowstwa w UE - może więc warto zrobić to w momencie, gdy dyskutuje się o reformie strefy euro niż wejść do niej potem, przyjmując wypracowane przez innych rozwiązania.

Po drugie, przyjęcie tej samej waluty, co główni partnerzy handlowi wpłynie na obniżenie kosztów transakcyjnych i wyeliminuje ryzyko walutowe. Przypomnę tylko, że UE przyjmuje 80% polskiego eksportu (strefa euro 55%), a udział UE w polskim imporcie to prawie 60% (strefy euro 47%).

Po trzecie, euro będzie miało duży potencjał stabilizujący polską gospodarkę. Obecnie każdy problem w UE powoduje osłabienie złotego. Ma to również wpływ na inne waluty, w których Polacy zaciągali kredyty. Brak ryzyka kursowego to większy napływ inwestycji zagranicznych.
Przeciwnicy euro zwracają uwagę, że wzrosną ceny. Zresztą należy spodziewać się, że będzie to koronny argument, bo sięgający do kieszeni Polaków.

Eksperci wskazują, że wzrost cen nie jest nieodłącznym elementem przyjęcia euro. Według Eurostatu po przyjęciu euro ceny rosną przeciętnie szybciej o 0,12-0,29 p. proc. Wiele też zależy od tego, w jaki sposób wprowadzamy euro. Np. na Słowacji przez pół roku przed i pół roku powprowadzeniu euro ceny musiały być podawane w obu walutach – to uniemożliwiało sprzedawcom znaczne zaokrąglenie w górę przy przeliczeniu cen. W efekcie w rok po przystąpieniu do strefy euro inflacja na Słowacji wyniosła 0,9%. W Estonii po przyjęciu euro ceny wzrosły o 0,2 proc.

Pojawią się pewnie argumenty o bardzo egoistycznym charakterze. Np. że będziemy musieli płacić za długi takich państw jak Grecja czy Hiszpania. Głoszącym te tezy przypomnę, że przez ostatnie 12 lat Polska była beneficjentem netto UE - czyli to inne kraje płaciły za nasze autostrady, szkoły czy dotacje dla rolników. Kiedyś wymagaliśmy solidarności europejskiej, teraz - być może - inni będą wymagać tego od nas.

Wreszcie, wyobrażam sobie lament części środowisk, które w zamianie złotówki na euro będą upatrywać utraty naszej tożsamości narodowej. Ci, którzy znają Europę wiedzą, że nic takiego nie miało miejsca, że zachowanie emblematów narodowych na banknotach i monetach jest zarówno atrakcyjne jak i funkcjonalne.

Argumentów "za" i "przeciw" euro jest dużo więcej. Powinniśmy mieć możliwości się z nimi zapoznać, opierając się na faktach, a nie na emocjach. Dziś jestem przekonana, że celem naszej polityki, w obliczu zagrożenia jakie stwarza polski rząd dla jedności europejskiej (Europa wielu prędkości), jest wejście do strefy euro. Na powrót do tej dyskusji za parę lat może być już za późno.

*Dane z wynikami sondażowymi poparcia dla euro pochodzą z Eurobarometru 2015
Trwa ładowanie komentarzy...