Szkoły wyższe: wolny rynek zamiast wskaźników

Będzie mniej miejsc na publicznych uczelniach – to zła wiadomość dla maturzystów. Rząd tłumaczy, że przez to ma wzrosnąć poziom nauczania studentów. Być może, ale też więcej osób będzie zmuszonych do rozpoczęcia studiów na prywatnych, płatnych uczelniach. A o tych młodych ludzi państwo już nie dba – choć ich rodzice też płacą podatki.

Problem z mniejszą liczbą miejsc dla kandydatów na studia powstał z powodu zmian zasad naliczania dotacji dla uczelni. Używa się do tego specjalnego algorytmu, dość skomplikowanego. Jego zmienne zostały zmodyfikowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ale przede wszystkim 1. stycznia weszła w życie kluczowa zmiana – wprowadzono wskaźnik jakości dydaktycznej. To, ile szkoła wyższa otrzyma pieniędzy, zależy od liczby studentów przypadających na jednego wykładowcę - nie może być ich więcej niż 13. Jeśli uczelnia przekroczy limit, ministerstwo obniża dotację. Nie opłaca się więc już masowo przyjmować studentów.

Zdaniem rządu to proste rozwiązanie problemów z jakością edukacji. Mniej studentów to w końcu lepsza jakość pracy wykładowców, prawda?

Niekoniecznie. Po pierwsze, można dyskutować, czy taki limit studentów na nauczyciela to wystarczająca gwarancja jakości.

Oczywiście część uczelni po prostu zmniejszy liczbę przyjęć na studia. „Gazeta Prawna” alarmowała, że „niektóre uczelnie nawet o 50 proc. ograniczą liczbę miejsc dla kandydatów”. Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu przyjmie 1,2 tys. zamiast 2,5 tys. nowych studentów. Poznański Uniwersytet Ekonomiczny chce zmniejszyć liczbę miejsc na studiach stacjonarnych o blisko 30 proc. I tak dalej.

Ale, jak zwraca uwagę prof. Mirosław Szreder z Uniwersytetu Gdańskiego, chęć poprawy wskaźnika jakości dydaktycznej może również skutkować przedłużaniem zatrudnienia profesorów po 70. roku życia.

A to chyba nie jest efekt, o który powinniśmy walczyć.

Po drugie, prostym do przewidzenia efektem będzie to, że więcej maturzystów podejmie studia na uczelniach niepublicznych.

Oczywiście wysokość dotacji dla uczelni państwowych musi uwzględniać zarówno poziom naukowy, jak i oferowaną jakość kształcenia. Ale moim zdaniem nie możemy inaczej traktować studentów uczelni państwowych i prywatnych. Rodzice jednych i drugich płacą podatki, jedni i drudzy w przyszłości sami będą podatki płacili. Dlaczego więc jedni dostają od państwa edukację za darmo, a inni muszą ponosić koszty czesnego?

Tym bardziej, że ministerialne rozwiązania dotkliwiej dotkną uczelnie, w których dominują studia masowe (np. na kierunkach społecznych i humanistycznych), oraz mniejsze szkoły akademickie, zwłaszcza te spoza największych miast – a więc te, na których często studiują dzieci ludzi mniej zamożnych.

Koszty utrzymania są dzisiaj ogromną przeszkodą dla wielu młodych ludzi, którzy chcą się uczyć. Dlatego mógłby powstać powszechny system stypendialny dla studentów z mniej zamożnych rodzin. Można też pomyśleć – to jest sprawa, którą można szybko załatwić – o ulgach podatkowych do kwoty wydanej na studia płatne.

Ale już dziś warto rozpocząć dyskusję o rozwiązaniu kompleksowym. Dlaczego studenci mają płacić za studia? Niech uczelnie biją się o kontrakty z państwem. Niezależnie czy szkoła jest prywatna czy państwowa, powinna spełniać akademickie kryteria. Wtedy, i tylko wtedy, państwo będzie zwracało koszty kształcenia studentów.

Student wybierałby uczelnię ze względu na jakość kształcenia, a nie musiałby wybierać pomiędzy darmowymi szkołami państwowymi i płatnymi – prywatnymi.

Ten swego rodzaju bon edukacyjny zmusiłby uczelnie do konkurencji, a w efekcie do realnego podniesienia jakości nauczania.

A na tym skorzystaliby wszyscy studenci.
Trwa ładowanie komentarzy...